Dziś "na topie" jest ACTA, więc wtrącę swoje trzy grosze do całej dyskusji, ponieważ mam na ten temat zdanie odmienne od większości, to znaczy - może nie tyle zdanie, co emocje, a właściwie ich brak. Jakoś mnie ACTA nie rusza. Dlaczego? Ponieważ podobne "zrywy" przeżywałem już przy okazji odgórnego wprowadzania zakazu palenia w lokalach gastronomicznych, zakazu używania "tradycyjnych" żarówek, zakazu "bicia dzieci" i paru innych spraw, które miały już ostatecznie pogrzebać nasze prawa obywatelskie. A jak wiadomo, cała para ówczesnych protestów poszła w gwizdek, w dużej mierze dlatego, że gwałt na demokracji jest grzechem pierworodnym zarówno III RP, powstałej na mocy umowy z przedstawicielami zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym - jak i Unii Europejskiej i jej słynnych "referendów do skutku". I dopóki istnieją w obecnym kształcie, to możemy sobie pogwizdać.

 
Ten drugi powód jest nawet ważniejszy, zważywszy, że zarówno ACTA, jak i inne sprawy, o których wspomniałem, zostały zatwierdzone na szczeblu międzynarodowym i nasze władze krajowe miały lub mają je tylko "przyklepać" dla zadośćuczynienia wymogom formalnym. Molestowanie teraz Pana premiera Tuska, czy Pana Prezydenta Komorowskiego, czy w ogóle kogokolwiek z Polskich władz, żeby nie podpisywał tego nieszczęsnego dokumentu, jest kuriozalne - wszak Pan Boni wyraźnie powiedział, że "nie możemy tego nie podpisać", ponieważ "wszystkie kraje europejskie to podpisały", jasne?
 
Może zabrzmi to cynicznie, ale wolność w naszym świecie już dawno umarła i takie sprawnie wyreżyserowane spektakle, jak obecny, mogą być pożywką lub - nie daj Boże - źródłem nadziei, tylko dla naiwnych. ACTA to czubek góry lodowej, możemy krzyczeć "uwaga!", ale podwodna część tej góry już dawno rozpruła kadłub naszego "Titanica" - kto chce, niech pociesza się tym, że orkiestra gra do samego końca, a eleganccy panowie popijają szampana jak gdyby nigdy nic - ja się nie przyłączę. Żeby nie poprzestawać na niskiego lotu metaforach, przytoczę słowa Pana Cichockiego z "gazety wyborczej" i od nich zacznę bardziej sensowny (mam nadzieję) wywód. Otóż popuścił on wodze fantazji i stwierdził, że dzisiejszy bunt internautów:
 
"w skrajnych warunkach może przeobrazić się nawet w coś w rodzaju "Solidarności" z roku 1980. Masy społeczne, które wywodzą się z różnych środowisk, zbierają się pod jednym hasłem, bo system polityczny uderzył w podstawę ich życia. Bo dla nich jest to właśnie coś elementarnego."
 
Fantazja, jak fantazja, prawda? Ale zwracam uwagę na ostatni zwrot - "coś elementarnego". Słowo "elementarny" wywodzi się z czasów, gdy pierwsi filozofowie szukali praprzyczyny całej rzeczywistości w żywiołach, tj. właśnie "elementach". Chodziło o coś fundamentalnego, niepodzielnego, pierwszego, co jednocześnie przyczynuje wszystko inne. Dziś już wiemy, że nie jest to ani woda, ani ogień, ani żaden inny żywioł, niemniej mamy kolejny namacalny dowód, że COŚ elementarnego istnieje, COŚ co stanowi "podstawę życia" i co rzeczywiście jest wspólne wszystkim ludziom, bo właśnie to po raz kolejny zanegowano.
 
Prawdziwym paradoksem jest fakt, że w zgodnej opinii zainteresowanych tym CZYMŚ jest wolność, a "systemem politycznym", który w nią uderza jest demokracja liberalna, czyli wolnościowa. Albo więc źle pojmujemy wolność, albo liberalizm nie ma z nią wiele wspólnego - i stawiam na tę drugą możliwość. Stawiam dlatego, że dla liberalizmu charakterystyczny jest  pluralizm opinii, posunięty aż do relatywizmu, usankcjonowanego nawet bardzo dziś modną pseudofilozofią postmodernizmu. Relatywizm zaś zakłada tzw. "wielość prawd", i właśnie możliwość samodzielnego zdefiniowania prawdy jest rzekomo wyznacznikiem wolności. Jeśli jednak przyjmiemy "wielość prawd", to okazuje się, że siłą rzeczy nie może istnieć nic elementarnego, nic co łączyłoby ludzi. Relatywizm nie jest więc narzędziem wyzwolenia, tylko narzędziem podziału społeczeństwa, a podział ów może stanowić element tylko jednego rodzaju polityki - takiego, który uprawia się wedle maksymy "dziel i rządź".
 
Nie wiem ile jeszcze lat musi minąć, zanim oczywistą dla większości stanie się konieczność odsunięcia od życia publicznego relatywistów i całej rzeszy modnych i nowoczesnych demagogów; nie wiem też ile musi lat minąć, zanim oczywiste dla większości stanie się, że jedyną szansą przetrwania wolnego człowieka na tym świecie jest nawrócenie rozumu i całej duszy na rzeczy elementarne, a w tym - na Pierwszego Poruszyciela, czyli Boga. Jestem jednak dziwnie przekonany, że bez lodowatego prysznica, w takiej czy innej postaci, może się nie obejść. W każdym razie ACTA raczej nas do tego prysznica przybliża niż oddala, co stanowi dobry argument na rzecz jej poparcia.